Bory Tucholskie — miejsce, które zazwyczaj kojarzy się z ciszą i wypoczynkiem na łonie natury. Jednak dla turysty Rafała Króla wyjazd na camping w Błędnie na Kaszubach zamienił się w bezsenną noc. Hałas, brak szacunku dla innych, alkohol, imprezy na pełnej mocy. „Polski standard, niestety” — komentuje.
Rafał Król z firmy Expeditions, zajmującej się organizacją ekspedycji, turystycznych warsztatów i wykładów, opisał swoje nieprzyjemne doświadczenie pobytu na kempingowej działce w Błędnie w województwie pomorskim. To miejsce znajduje się w samym sercu Borów Tucholskich, gdzie cisza i szacunek dla natury powinny być na pierwszym miejscu. Jednak w rzeczywistości wszystko okazało się inaczej
„There is no night silence, there are no rules, there are no brave people who would pay attention to those organizing events. We set up tents in the rain and didn't want to go out anymore. The crew arrived in three cars and almost parked right on our tents. Drunk people lit a fire in the rain and made a lot of noise until 2 a.m. Remarks that they were disturbing others and that we had to get up at 6 a.m. didn't help. No one, except me, dared to speak to them,” reports an outraged man.

Rano podróżnik nazwał to, co się wydarzyło, „kolejną bezsenną nocą” i narzekał, że na kempingach są ci, którzy pobierają opłaty, ale nie ma tych, którzy dbają o porządek
Historia wywołała burzliwe dyskusje w sieci: jedni zauważają, że podobne sytuacje często zdarzają się na polskich kempingach, inni uważają, że problem dotyczy zachowania pojedynczych turystów, a nie kraju jako całości




